Jakoś wreszcie dojechaliśmy do Działdowa, początku naszej wyprawy. Byliśmy trochę niespokojni o nasze rowery, jak one zniosą podróż w wagonie bagażowym. Naczytałem się różnych rzeczy na stronach www, newsach, itd. Było jednak bardzo kulturalnie. Przez całą podróż rowery wisiały na specjalnych uchwytach, przed stacją konduktor je zdjął i podał nam na peron. Nic im się nie stało. Muszę dać tutaj dużego plusa naszym kolejom. Niestety jakiś miesiąc później znajoma jechała pociągiem z rowerami ze Szczecina - jeden z nich niestety nie dojechał, innej ktoś ukradł CatEye. Jak widać mieliśmy po prostu szczęście, że nic się nie stało naszym rumakom.
Nic co dobre nie trwa jednak wiecznie. Po wyjechaniu z dworca okazało się, że mam urwaną linkę od przedniej przerzutki. Nie pękła ona w pociagu, akurat miałem takiego pecha, że wyzionęła ducha zaraz na samym początku trasy. Lepiej jednak tutaj, niż żeby miała strzelić jeszcze w Warszawie podczas drogi na dworzec!
Dalsza część drogi upłynęła w miare spokojnie. Jeśli nie liczyć przygody z szukaniem źródeł rzeki Łyny. Otóż wyczytałem w przewodniku, że są to cofające się źródła (woda podmywa piaszczyste okolice źródeł co powoduje ich cofanie się). Niestety nie było żadnego oznakowania i pokręciliśmy sie parę kilometrów w kółko jeżdżąc to w dół, to w górę. Żadnych źródeł nie zobaczyliśmy, może już się wycofały z tamtych okolic?
Tak wogóle, to chcieliśmy jechać z Nidzicy w kierunku Grunwałdu, jednak
wycieczka do pechowych źródeł zajęła nam tak dużo czasu, że już nie było sensu
jechać w kierunku pola bitwy. Postanowiliśmy jechać dalej na północ nad jedno
jeziorko - według mapy miało być tam jakieś pole namiotowe. Jechaliśmy więc
bardzo przyjemną polno - leśną droga. Raz po piasku, raz po ubitej ziemi,
trafiło się też trochę bruku. Pod koniec dnia dojechaliśmy nad przepiękne
jezioro Maróz (jak się potem okazało, było to jedno z dwóch, ktore
najbardziej mi się podbały). Bardzo ciche, poza wszelkimi ruchliwymi drogami,
tylko parę domków nad brzegiem. Wokół lasy sosnowe. Istna idylla. Znaleźliśmy
nocleg na polu u jakiegoś chłopa. Woda bieżąca była co prawda tylko z kranu na
ścianie, można było się jednak wykąpać w jeziorze. Naprawdę, po całym dniu
jazdy nie ma nic przyjemniejszego niż kąpiel w chłodnej wodzie jeziora. Albo pod
prysznicem :-)
Tak więc pierwszy dzień wycieczki minął nam bardzo miło. Nie było zbyt forsownie. Na koniec dodatkowo wykąpaliśmy się w jeziorze. Na noc rowery przypięliśmy łańcuchem do namiotu. Nie łudziliśmy się tym, że nie będzie można ich odczepić. Łańcuch był po jednak wielokrotnie przełożony przez szprychy kół, tak więc brzęczałby niemiłosiernie przy każdej próbie majstrowania przy nim, lub przy rowerach.
Tego dnia musieliśmy znaleźć się w Olsztynie. Byłem tam umówiony z kolegą (Michał Szymański) z innych wycieczek (w Bieszczady i na grań Tatr). Miał być grill i różne inne przyjemności. Nie mogliśmy więc zawieść.
Dosyć późno wyjechaliśmy znad jeziorka (trzeba było się jeszcze ostatni raz wykąpać). Do główniejszej drogi asfaltowej musieliśmy dojechać pare kilometrów piaszczystą drogą przez las. Byłaby całkiem przyjemna gdyby nie mijające nas czasami samochody. Na takiej drodze nawet za wolno jadącym autem podnosi się tuman kurzu osiadającym na spoconym rowerzyście.
Następnie czekała nas jak się później okazało bardzo malownicza trasa przez dosyć górzysty teren. Według mapy była to Droga tysiąca jezior południowa. Naprawdę nie podejrzewałem nawet, że będę jeździł po takich górach i dolinach. Pocieszałem się tylko tym, że to właściwie jeszcze nie są same Mazury, tylko Warmia :) Co by jednak nie narzekać na górki i zjazdy (a tych też się trochę trafiło) to widoki były niesamowite. Nie mamy niestety zbyt wielu zdjęć z pierwszych dni wycieczki: okazało się, że jeden film miałem podwójnie naświetlony! Cóż za pech! No i z pierwszej połowy wycieczki ostały się tylko zdjęcia robione aparatem Kasi.
Droga bardzo przyjemna skończyła się - zupełnie niespodziewanie wjechaliśny nagle do Olsztyna. Tak przyjemnie się jechało, że nawet nie czuliśmy kilometrów w nogach. Zatrzymaliśmy się na dłuższą posiadówę w Burger Kingu. Trzeba było się najeść niezdrowego żarcia przed wyjazdem w nieznane :) Tam też przez telefon zameldowałem się u Michała, dostałem ostatnie wskazówki jak należy jechać, no i tyle. Dojechaliśmy w końcu.
A grill był bardzo przyjemny :) jakiż zresztą grill był nieprzyjemny? Było wino, piwo, różne mięska i inne pyszności. Nie wiem co by powiedzieli lekarze bądź dietetycy na taką kolację, nie sądzę jednak aby była ona wskazana dla nas biorąc pod uwagę nasz planowany wysiłek na rowerze. Tak jednak już jest: jeśli coś jest dobre, to albo jest tuczące albo niemoralne :)
Jakoś się rano obudziliśmy. A ciężko było, oj ciężko... Spać nie można bylo z powodu strasznego gorąca oraz dwóch imprez u sąsiadów. Goście byli w wieku +50, a bawili się dosyć hucznie aż do piątej nad ranem! Mniejsza jednak o to. Michał obiecał był mi już dosyć dawno pokazać tereny rowerowe w swojej okolicy. Zdjąłem więc bety ze swojego bajka i pojechaliśmy na przejeżdżkę po lasku nieopodal. Coś niesamowitego: takie połączenie terenów górskich z jeziorami! Wspaniałe. Zresztą wyobraźcie sobie tylko: strome podjazdy w lesie wąską dróżką, szybki zjazd ścieżką biegnącą samą krawędzią głębokiego jaru, adrenalina tylko się gotowała. Jeżdżąc tak sobie w kółeczko zrobiliśmy prawie 20 km.
Nie można było jednak cały czas uganiać się bez bagażów po okolicznych lasach.
Ciężka droga jeszcze przed nami! Ruszyliśmy więc z Kasia w dalszą tułaczkę :)
Zostaliśmy poinstruowani aby jechać boczną drogą - szlakiem idącym prosto na
Lidzbark Warmiński. Było nam to na rękę, bo główna droga była strasznie ruchliwa
- samochody mijały nas ciągle. Wiechaliśmy więc na tę polną dróżkę. W zasadzie
byłaby całkiem w porządku, ale... Takiej ilości natrętnych much nie spotkaliśmy
nigdzie indziej. Nie mogliśmy jechać szybciej z powodu wyboistej drogi, nie
mogliśmy więc zgubić tych much w jeździe. Siadały nam na wszystkim!
Tempo mieliśmy naprawdę kiepskie. Prawdę mówiąc, to wlekliśmy się :) Sił dodawała nam tylko myśl o kampingu nad docelowym jeziorem. Straciliśmy już nadzieję na dojechanie aż do Lidzbarka, chcieliśmy zatrzymać się nad jeziorem Limajno, parenaście kilometrów za Olsztynem. Wreszcie, po naprawdę długiej jeździe dojechaliśmy nad owe jezioro. Tak potworna ilość ludzi była wszędzie, że naprawde odechciewało się pozostawania tam. Z braku sensownych pól namiotowych lub kampingów zostaliśmy zmuszeni do noclegu w domu wczasowym. Brzmi ładnie, jednak wcale tak nie wygląda. Ośrodek pamiętający jeszcze złote lata komuny w stanie gorzej niż średnim, brak łazienek w pokojach. Dobrze chociaż, że była ciepła woda w przysznicach, no i piwo w barze! Posiłki były wydawane w wielkiej sali - stołówce. Przez chwilę poczułem się jak na jakimś wyjeździe z klasą ze szkoły - każdy dostał po paru bułkach, talerzyku z połówką pasztetu, dżemu i masła. Dodatkowo duży dzbanek herbaty na stolik. No i takie okropne rodzinki wokół. Wszystkie bez wyjątku z małymi rozwrzeszczanymi dziećmi, tatusiowie tylko w klapkach, mamusie równie apetyczne... Brrr!
Z ośrodka wyjechaliśmy czym prędzej, nie było to miejsce dla nas. Nie jechaliśmy zbyt szybko - pogoda na to nie pozwalała. Z nieba lał się niesamowity żar. Zreszta wogóle podczas całej wycieczki pogoda nam dopisała. Praktycznie cały czas była lampa i zero chmurek.
Na szczęście nie musieliśmy już jechać polną drogą - zaczął się normalny asfalt. Tak sobie jadąc spokojnie - nigdzie się przecież nie śpieszyliśmy, wycieczka dopiero co się rozpoczęła - jechaliśmy wytyczoną trasą. Najpierw minęliśmy mieścinę o miłej nazwie Dobre Miasto. Czy było dobre, czy też nie trudno powiedzieć, szybko z niego wyjechaliśmy. W planach mieliśmy jeszcze Lidzbark.
W Lidzbarku nie spędziliśmy zbyt dużo czasu. Pojechaliśmy obejrzeć zamek,
niestety do środka nie można było wejść - muzea w poniedziałki są nieczynne.
Posiedzieliśmy więc sobie trochę na dziedzińcu, obejrzeliśmy fosę i fragmenty
murów po czym pojechaliśmy dalej. Od jednej kobiety dowiedzieliśmy się, że pod
miastem jest jedno kąpielisko razem z biwakiem i kampingiem - w Kłębowie.
Jechaliśmy więc do Kłębowa w strasznym, iście piekielnym upale. Po drodze
zatrzymaliśmy się w jednym barze. Potworna rudera w opuszczonej wiosce. Za
barem w środku jeden grubawy facet w krótkich spodenkach i rozpiętej koszuli.
Jeśli ktoś widział film Bagdad Cafe, to może się domyślić jak wszystko
wyglądało.
Wreszcie dojechaliśmy na kemping. Na pierwszy rzut oka był w porządku. Kąpielisko strasznie zaludnione, mnóstwo ludzi, można jednak było napić się piwa i wziąć jaki taki ciepły prysznic. Gdybyśmy jednak tylko wiedzieli jakie towarzystwo bedziemy mieć na polu namiotowym! Szkoda gadać, coś potwornego. Paru meneli w namiocie obok. Jeden z nich cały czas siedział w namiocie, parę rezy tylko wychodził i udawał sie w krzaczki w wiadomym celu. Był okropnie nieopalony, mial krótkie spodenki, białe nogi i nie zdejmowane chyba przez cały czas adidasy. A twarz miała charakterystyczny czerwony kolor, zwłaszcza nos ;-) Nad ranem (znaczy się świtem) przyszli do nich znajomi i zaczęli wydzierać się na całe pole namiotowe. Okropność.
No cóż, jak zwykle rewelacyjna pogoda. Wiaterek, zero chmur, pełne słońce. Tylko upał straszliwy. Praktycznie cały czas jedziemy jakby zupełnie opuszczonymi terenami. Puste albo strasznie zaniedbane domy. Gdzieniegdzie jakieś jeziorko prześwituje między drzewami. Prawie zupełnie niepostrzeżenie przejechaliśmy spory kawałek wzdłuż j. Luterskiego. Parę razy miałem wielką ochotę na to, aby zeskoczyć z roweru prosto do wody i się wykąpać. Nie można jednak było aż tak zmieniać planów.
Z Luter czekała nas droga do Reszla. Od samego początku zaczęła się wznosić w górę, co nie wróżyło nic dobrego. Długo, oj długo tak wznosiła się do gory... Ale jaki był potem zjazd! Mimo wszystko warto było wymęczyć się dla paru minut takiego zjazdu. Zupełnie inaczej się prowadzi rower gdy jest on ciężki, załadowany sakwami niż gdy jest pusty. Może trochę trudniej wchodzi wtedy w zakręty, jednak uczucie pędzącej dużej masy jest bardzo przyjemne. Ciekawe, czy kierowcy ciężarówek też mają podobne odczucia?
No i dojechaliśmy do Reszla. Zostaliśmy oboje bardzo mile zaskoczeni
miasteczkiem. Bardzo ładnie odnowiona stara zabudowa w centrum, ładny zamek.
Niestety knajpa w zamku nie serwowała nic do jedzenia, więc posilić się
musieliśmy w innym lokalu. A szkoda, bo atmosfera na zamku była niesamowita.
Tak nam się miło jadło, że aż zapomniałem (serio!) zapłacić w kafejce i
właściciel musiał mi o tym przypomnieć. Jeśli więc teraz on to czyta, to myśmy
serio o tym zapomnieli!
Niestety niebo powoli zaczynało się chmurzyć. Pogoda jak dotąd była idealna. Kiedyś jednak wszystko się kończy. Pogoda także. Coraz bardziej wystraszeni szybko zebraliśmy się do dalszej drogi. Nigdzie już się nie zatrzymując (a mieliśmy zamiar zatrzymać sie i zobaczyć klasztor w Świętej Lipce) pojechaliśmy w kierunku Kętrzyna. W chwili gdy wjechaliśmy do miasta zaczął padać deszcz. Akurat się złożyło, że przejeżdżaliśmy koło reklamy jednego hoteliku - no i nie mogliśmy się powstrzymać od zadzwonienia i zarezerwowania nam pokoju :) Tak to kolejną już noc spędziliśmy w kulturalnych warunkach. Cóż to za przyjemność wziąć gorący przysznic po całym dniu jazdy... W pokoju mieliśmy nawet telewizor, więc mogłem sobie pooglądać mój ulubiony kanał - Eurosport gdy Kasia myła głowę.
Rano zbudził nas okropny deszcz. No to fajnie - pomyśleliśmy - koniec wycieczki. W deszczu przecież nie ma sensu jeździć. Na szczęście po sniadaniu lekko się rozpogodziło i mogliśmy wyruszyć. Dowiedzieliśmy się, że bez problemu można rowery zostawić w Gierłoży podczas zwiedzania, więc spakowaliśmy wszystkie rzeczy i pojechaliśmy oglądać pozostałości po Hitlerze.
Udało nam się jakoś przypiąć rowery do siatki na parkingu. Zresztą koło nas zaparkowała też całkiem spora grupka rowerzystów - zdrowo ponad 20 rowerów. Gdyby ktoś chciał by się na nie połakomić miałby spory orzech do zgryzienia. Bunkry faktycznie były imponujące. Szkoda tylko, że zupełnie zniszczone. Z tego co mówił przewodnik, to wynikało, że zniszczyli je po wojnie sami Polacy zużywając niesamowite ilości materiałów wybuchowych na ich wysadzenie. Zupełnie tego nie rozumiem - przecież byłyby teraz fantastyczną atrakcją turystyczną. A tak, to widać tylko pojedyńcze ściany. Widok doprawdy jest żałosny.
Po Gierłoży mieliśmy jechać do Węgorzewa. Wybraliśmy co spokojniejsze boczne
drogi. Faktycznie były bardzo 'boczne'! Trafił nam się np. chyba z
pięciokilometrowy odcinek drogi brukowej! Myśleliśmy, że nam rowery sie
porozpadają jadąc po takiej drodze! Jakoś jednak sie udało. Pogoda była
delikatnie mówiąc średnia. Nie padało wprawdzie, ale było chłodno, ciągle sie
chmurzyło, nie nastrajała ona optymistycznie.
Jakoś jednak dojechaliśmy do Węgorzewa. Tam czekała mnie kolejna niespodzianka. Otóż wziąłem na wycieczkę kilka wypełnionych już czeków zamiast większej ilości gotówki. Karty do bankomatu jak się okazało nie były zbyt przydatne w tych okolicach - mogłem ją sobie włożyć wiadomo gdzie ;-) Poszedłem więc na pocztę aby podjąć pieniądze, no i pomyliłem się przy wpisywaniu daty na blankiecie! A został mi już tylko jeden zapasowy. Gdybym też się pomylił, to zostalibyśmy bez kasy na jakis czas. Na szczęście jednak udało mi się wpisać poprawną datę (a jak mi wtedy ręka drżała gdy ją wpisywałem!) i byliśmy uratowani.
Na nocleg wybraliśmy sobie bardzo ładny kamping w Kale pod Węgorzewem. Naprawdę bardzo ładnie urządzony: krótko strzyżona trawka, równe pola pod namiot. Nie można podjeżdżać samochodami pod namioty - dzięki temu jest cicho i czysto. Niestety z powodu pogody musieliśmy przebywać tam dzień dłużej niż planowalismy - mieliśmy więc cały dzień na leniuchowanie w namiocie i barze. Nie wiedziałem nawet, że cały dzień spędzony w namiocie może być taki przyjemny ;-)
Pogoda jakby zbierała siły przez kilka dni i teraz była lampa niesamowita. Takie straszne słońce, żeby nam się już zupełnie odechciało jeździć po otwartych przestrzeniach. Prawie że powietrze drżało nad łąkami... Potworność. Na szczęście tym razem także jechaliśmy w miarę pustymi drogami (z wyjątkiem samego wyjazdu z Węgorzewa) więc auta nam nie smrodziły zbytnio. Jeden fragment pamiętam szczególnie miło: chyba co najmniej z pięć kilometrów drogą prostą jak strzelił przez las. Cały czas piaskiem przez las! Dzięki temu zaoszczędziliśmy sporo kilometrów asfaltem. Jechało się bardzo przyjemnie, choć byłoby średnio ciekawie gdyby coś się stało, czy to z rowerem, czy to komuś z nas.
Co za to zobaczyliśmy potem! W lesie, pod jedną miejscowością stoi sobie stary już rodzinny grobowiec jakiejś rodziny, jeszcze z początku wieku chyba. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że kraty w oknach są wyrwane, a w otwartych trumnach widać niekompletne już szczątki ludzkie! Naprawdę makabryczny widok! Co jak co, ale zasuszonych już zwłok ludzkich bez głowy nie spodziewałem się zobaczyć w czasie wycieczki rowerowej! Cóż za beznadzieja musi panować w wiosce, gdzie jedyną jej atrakcją są na wpół rozgrzebane trumny!
Dalsza droga do Gołdapi przebiegała dosyć spokojnie. Tylko gdyby nie te straszne drogi! Z każdym kilometrem w głąb stawały się one coraz gorsze. Dotąd myślałem, że to w Krakowie drogi są kiepskie, tam jednak zmieniłem zdanie ;-) Po przybyciu do Gołdapi zjedliśmy smaczny obiad w knajpie na świezym powietrzu, po czym spokojnie pojechaliśmy sobie na uroczy, spokojny kemping nad samym jeziorem. Tak naprawdę było to dopiero drugie miejscie (po pierwszym noclegu nad j. Maróz), które mi się podobało. Było bardzo przyjemnie, tylko stanowczo za dużo much latało wokół nas. Były ich takie ilości, że aż nie można się było już od nich opędzać! Tam też po raz drugi (i ostatni) wykąpaliśmy się w jeziorze.
To, co zrobiliśmy tego dnia można było określić mianem solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty ;-) Było gorąco, plany mieliśmy ambitne, droga była długa przed nami.
Nie obyło się jednak bez wpadki. Na mapie regionu zobaczyłem przepiękne, stare wiadukty kolejowe, prawie jak rzymskie akwedukty. Chyba są one w Stańczykach, nie jestem już pewien. Nie popatrzyłem jednak dokładnie na mapę gdzie one są, i po parunastu kilometrów jazdy i nadaremnym szukaniu czegoś zrezygnowaliśmy z nich :-( Jak się potem okazało, zabrakło nam do nich jeszcze jakiś 5 kilosów. Na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że same wiadukty są schowane gdzieś w lesie i z obładowanymi rowerami moglibyśmy mieć trudności z dojechaniem do nich. Koniec końców, wiaduktów nie zobaczyliśmy.
Pojechaliśmy więc dalej jak najkrótszą drogą do Suwałk. Nic szczególnego tam
nie było. Musieliśmy zjechać z jednej lepszej drogi na inną - a połączenie
między nimi jest tylko poprzez chyba najniższej kategorii drogi lokalne. Sporą
część trasy pokonaliśmy też po zwykłym żwirku. A gdy dojechaliśmy już do głównej
drogi do Suwałk to zaraz zostaliśmy otoczeni przez istne mrowie pojazdów. Coś
potwornego. W międzyczasie zrobiliśmy sobie mały popas, ugotowaliśmy zupkę na
maszynce, zjedliśmy jakieś resztki owoców.
Do Suwałk dojechaliśmy po południu. Naszym głównym celem był bankomat! Skończyła się nam już gotówka, już w Węgorzewie było krucho po tym, jak się pomyliłem z datą czeku. Dostaliśmy nawet od ojca Kasi listę bankomatów w Suwałkach przez SMS'y! Zasileni w nową gotówkę natychmiast pewną jej część przeznaczyliśmy na zimne lody, ciepłe hamburgery i coś do picia. Tego nam było trzeba!
Po jedzeniu nic innego nam już nie pozostawało jak tylko wyruszyć w dalszą drogę
do Starego Folwarku. Jest tam po prostu stanica wodna i schronisko PTTK
nad jeziorem Wigry. Schronisko razem z kempingiem. Zaplecze sanitarne było
potworne, człowiek aż brzydził się wejść pod prysznice, lub do ubikacji. No ale
cóż można było robić? Był wprawdzie jeden płatny, porządniejszy (odrobine)
prysznic - ale zawsze były do niego kolejki, no i był po prostu jeden! Za to
droga z Suwałk była zupełną odwrotnością tego, co zastaliśmy na miejscu. Bardzo
ładna droga prowadząca przez park narodowy (fajny mi park, przez który wiedzie
zatłoczona droga!).
Wieczorkiem odbyliśmy sobie mały spacerek nad molo z butelką piwa i paczką chipsów :-) Mieliśmy bardzo ładny i romantyczny widok na klasztor po drugiej stronie jeziora, cały oświetlony zachodzącym, pomarańczowym słońcem. Tylko gdyby nie te komary!
Tego dnia przejechaliśmy najwięcej kilometrów w czasie całej wycieczki. Nie sądziłem, że ten etap będzie aż taki długi. Jestem pełen podziwu dla Kasi, że tak to świetnie zniosła.
Kolejny dzień długiej wędrówki. Tak się nieszczęśliwie złożyła nasza trasa, że mieliśmy taki jeden długi etap pośrodku. Trzeba się było jakoś dostać z Suwałk nad same wielkie jeziora. A pomiędzy praktycznie nic nie było (przepraszam wszystkich tam mieszkających). Co gorsza słońce świeciło jak oszalałe. Jak się później okazało spaliłem sobie lewe ramię: dosyć długo jechaliśmy praktycznie prostą, płaską drogą idealnie na zachód. Przez cały czas słońce świeciło na moją lewą rekę. Na swoje nieszczęście nie posmarowałem się zbyt dobrze kremem no i mnie spiekło.
Jak bym jednak nie narzekał, to jechało sie bardzo przyjemnie. Droga bardzo ładna - no i dzięki temu, że była to niedziela nie jeździły ciężarówki. Można się było czuć bezpieczniej na drodze. Jechało się też tak przyjemnie, ponieważ mieliśmy na drodze baardzo długi zjazd. Nie pamiętam już dokładnie, ale jechaliśmy w dół co najmniej przez 10 km.
Na pierwszy większy przystanek, do Olecka dojechaliśmy całkiem szybko. Na prostej drodze bardzo łatwo o dobrą średnią. Przed samym miastem mieliśmy chwilę wachania - jakiś wandal pozamieniał znaki drogowe, wskazywały zupełnie odwrotne kierunki. Postanowiliśmy jednak zaufać mapie i jak sie okazuje dobrze na tym wyszliśmy. Tam zjedliśmy całkiem smaczny obiadek na tarasie już trochę podupadającej restauracji.
Z jedzeniem na wycieczce jest tak, że albo je się mało i ma się lekki żołądek, albo je się trochę lepiej, ale za to nie można się potem ruszyć ;-) Wybraliśmy z Kasia niestety ten drugi wariant. Dalsza droga przebiegała nam już w zdecydowanie gorszym tempie. Wiodła też jednak zdecydowanie ładniejszymi okolicami. O ile do Olecka jechało się przez dłuższy czas po zupełnie płaskich i pustych polach, to teraz teren się zdecydowanie pofałdował. Niestety sił już nam brakowało.
Postanowiliśmy nie jechać dalej, tylko zatrzymać sie w miejscowości Wydminy. Wg mapy miało tam być jeziorko, mieliśmy nadzieję na jakąś kąpiel. Nocowaliśmy w małym pensjonacie (właściwie to w 'Agropensjonacie'). Chyba był całkiem niedawno otwarty, bo obsługa jeszcze się cokolwiek gubiła w swoich obowiązakch, nie wiedzieli jak się zachować, itd. Było jednak bardzo czysto, duże pokoje no i łazienka z gorącym prysznicem! Cóż za odlot! Tego nam bardzo było trzeba. Przecież tego dnia zrobiliśmy ponownie prawie 85 km. Byliśmy, a szczególnie Kasia zdrowo zmęczeni i zupełnie nie uśmiechało nam się nocowanie pod namiotem i byle jakie mycie na kempingu bądź w schronisku.
Mam tylko jedno zastrzeżenie do owego pensjonatu: nigdzie nie było żadnej karty dań. Wprawdzie dużego wyboru nie było, gdyż jedzenie było przyrządzane na bieżąco. Ale też tym samym nie było cen. W sumie daliśmy się troche napuścić i całkiem niezłą sumkę przyszło nam zapłacić za cały pobyt. Za taki prysznic jednak było warto ;-) Jednym słowem: zawsze trzeba prosić o kartę z cenami.
Cała impreza nieuchronnie zbliżała się ku końcowi. Zgodnie z planem zostało nam jeszcze wprawdzie kilka dni, jednak koniec już praktycznie było widać. Gdy zobaczyłem, że będziemy przejeżdżać koło wioski Rydzewo, to wiedziałem, że musimy tam pojechać! Nie, żebym chciał odnaleźć jakiś przodków, ale dla samej satysfakcji.
No i pojechaliśmy przez owo Rydzewo. Całkiem przyjemna dziura położona nad
ładnym jeziorkiem. Od widać, że gdzie są turyści, tam robi się ładniej. A może
jest jednak na odwrót? W każdym razie dało się poczuć powiew życia, a nie taką
totalną beznadzieję jak w innych miejscowościach na drodze.
Dalej w planie mieliśmy już tylko Mikołajki. Jakby nam jednak było mało kilometrów znowu nie pojechaliśmy najkrótsza drogą, tylko jakimiś bocznymi dróżkami. Inna sprawa, że na głównej drodze byłby pewnie duży ruch. Na mapie wyglądało to bardzo prosto - mieliśmy do przejechania pare kilometrów równo na południe, drogą przez las. Miała nas ona wyprowadzić nad samo j. Śniardwy, a dalej to juz byśmy sobie dojechali do Mikołajek. Straszne żule w lokalnym sklepie, ktorych zapytałem się o drogę zaczęli się jeden z drugim przekrzykiwać, żebyśmy tam nie jechali, bo zbłądzimy, itd. A wyglądali oni naprawdę potwornie! Żałuję, że nie zrobiłem im żadnego zdjęcia. Byłoby co pokazywać, takie okazy!
Co miałem się ich gadaniem przejmować? Wjechaliśmy z Kasią w ten las. Na szczęście nikt nas nie napadł, ani nie zbłądziliśmy. A jechaliśmy faktycznie przez odludne tereny. Ścieżka (bo jechaliśmy ścieżką, a nie drogą) nie należała do najczęściej uczęszczanych, miejscami była dosyć piaszczysta. Ale też na tej właśnie ścieżce przekroczyłem swój 13 tysiąc kilometrow! Tak, tak, przejechałem już ponad 13000 km moim rowerkiem! Trzeba powiedzieć, że mapa stanowczo była zbyt optymistyczna ;-) Pod koniec droga zaczęła nam się już zdrowo dłużyć. Zwłaszcza, że nie było żadnych znaków, ani drogowskazów, żeby chociaż się upewnić, czy dobrze jedziemy. Po wielu kilometrach jazdy po straszliwych kocich łbach i walkach z rojami wściekłych much dojechaliśmy wreszcie do Mikołajek. Uff!
Były one dla mnie zupełnym rozczarowaniem! Takie małe miasteczko z ambicjami. Małe uliczki, dużo samochodów, turystów, straszny ruch, odrapane budynki. W dodatku jakoś zupełnie nie mogliśmy znaleźć jakiegoś miejsca na nocleg. Nie wiem, może po całym dniu jazdy nie zauważaliśmy tablic informacyjnych. Fakt jednak jest faktem, że dosyć długo szukaliśmy kempingu. Na koniec przyjechaliśmy na jeden położony nad samym zalewem. Jaki tam był hałas! Żadnego porównania do bardzo dobrze utrzymanego kempingu w Kale koło Węgorzewa, albo do spokojnego nad j. Gołdap. Dużo jednak nam nie było trzeba - rozbiliśmy namiot, wzięli prysznic i poszli na spacer po mieście. Jak przyjemnie jest się przejść powoli po całym dniu spędzonym w siodle! Można napić się piwka, zjeść jakąś zapiekankę, smażoną rybkę, można też robić inne, równie przyjemne rzeczy ;-) Ogólnie Mikołajki nocą dużo bardziej podobały mi się niż za dnia.
Ten dzień mógłby być chyba idealnym przykładem jak nie należy sobie planować wycieczki. W planach mieliśmy jeszcze jazdę do Szczytna, jednak z informacji PKP wynikało, że mielibyśmy z tamtąd fatalne połączenia do Warszawy. Wiele więc nie myśląc postanowiliśmy wracać tego samego dnia, po południu. Ale żeby wykorzystać czas w całości, pomyśleliśmy, że można by się jeszcze wybrać na małą wycieczkę w okolice Mikołajek.
He, he. Miała to być mała wycieczka, a okazała się być wyścigiem z czasem. Pojechalismy do Wierzby, następnie przeprawiliśmy się promem na drugą stronę i tym przypieczętowaliśmy swój los. Po prostu dosyć długo czekaliśmy aż prom nas zabierze. Zakłóciło to nasz plan i potem musieliśmy się śpieszyć, żeby zdążyć na pociąg, na który już mieliśmy wykupione zresztą bilety.
Ale do rzeczy. Zaskoczyła nas już sama droga do Wierzby. Otóż była to zwykła leśna nieutwardzana dróżka z wielką ilością kurzu i piachu. Na domiar złego jeździły nią samochody. Większość na szczęście przy nas zwalniała, ale zdażyly się też takie, których kierowcy specjalnie dodawali koło nas gazu, żeby tylko nas bardziej zakurzyć. Jechaliśmy tam dosyć wolno, wszystko przez głęboki piach. Trudnością było wogóle kierowanie rowerem, a co dopiero mówić o utrzymywaniu jakiegoś tempa. Potem czekaliśmy chyba z 40 minut na przypłynięcie promu. To zupełnie rozłożyło nasze plany czasowe. W sumie to powinniśmy byli już wtedy zawrócić, ale pojechaliśmy dalej :-) Skusił nas rezerwat Tarpanów, przez który wiodła droga. Niestety żadnego nie spotkaliśmy, nic dziwnego - od takiej szosy każdy by się trzymał z daleka!
No a dalej to już się niewiele ciekawego zdażyło. Przejechaliśmy już ponad połowę drogi, więc nie opłacało się wracać tą samą trasą - trzeba było jechać dalej. Jednak na szczęście dojechaliśmy! Byliśmy nawet jakaś godzinę przed odjazdem pociągu - wykorzystaliśmy ją na zjedzenie niezdrowych hamburgerów i ostatnie zakupy na długą podróż. Jak się okazało pociągiem jechało wiecej rowerzystów. A pociąg jechał wooolno, bardzo wolno. Nie miało to jednak już dla nas żadnego znaczenia. I tak wieczorem mieliśmy się już wykąpać we własnej wannie.
No i tyle. Całość. Wogóle skandal, że tak długo zwlekałem z napisaniem tego tekstu. Przeciez wycieczka skończyla się 13 lipca, a teraz jest już 8 listpada! Lepiej jednak chyba późno, niż wcale, prawda? Niektóre dni opisałem bardzo skrótowo, przy innych z kolei trochę sie rozpisywałem (na moje możliwości). Nie pisałem tego po prostu za jednym razem i czasami wybitnie nie miałem werwy pisarskiej ;-) Koniec końców, wycieczka była świetna, przejechaliśmy razem mnóstwo kilometrów, trochę też rzeczy sobie oglądnęliśmy.